Pierwszy dzień pracy jako kurier w Bergen

norwegiabergen

Nie byłam pewna, czy chcę się tym chwalić, bo pewnie i nie ma za bardzo czym, ale dziś był mój pierwszy dzień pracy w Norwegii. Jak się okazało po przyjeździe, znaleźć pracę tutaj, a tym bardziej o tej porze roku, jest bardzo trudno. Minęły dawno czasy, kiedy robota leżała na ulicy i wystarczyło podejść tu i tam, zapisać się do agencji, a zaraz sypały się zlecenia. Jesteśmy tu już trzy tygodnie i poniekąd jestem przeogromnym szczęściarzem, że po niecałych dwóch miałam już w rękach norweską umowę i pracę, choćby na kawałek etatu.

W zeszły wtorek miałam jazdę próbną po Bergen w firmie, która zajmuje się dowożeniem na rowerach jedzenia z restauracji do klientów. Miałam podczas niej pewne problemy z nawigacją, ale udało mi się zmieścić w wymaganym czasie i otrzymałam tego samego dnia umowę. Potem z nią zgłosiłam się do urzędu, gdzie w jednym miejscu załatwiłam pozwolenie na pracę i kartę podatkową i dziś, tydzień od otrzymania umowy, pojechałam na moją pierwszą „shyft’ę”.

bergen

Stres był spory, bo niby jeżdżę na rowerze codziennie od wielu lat, ale żaden ze mnie kolarz, a Bergen to miasto u podnóża siedmiu gór leżące. Już na dwie godziny przed wyjściem zaczęłam szykować rower i okazało się, ze mój „super-rower” z karbonową ramą, super osprzętem itp. odmówił posłuszeństwa i po ostatnich jazdach przestał w nim działać hamulec tylny. Nie mając czasu ani głowy w stresie na rozbieranie zacisku i czyszczenie (które i tak mogłoby nie pomóc), przyszykowałam sobie rower Pawcia (czyli mojego poprzedniego górala od Mbike’a). Potem nie żałowałam tej decyzji, bo dzień okazał się bardzo deszczowy.

Bardzo deszczowy. Pomimo tego, że kupiłam sobie wcześniej długie gacie na deszcz i dziś dostałam nowiutką, różową kurtkę z logo firmy, okazało się, że nie ma takich ubrań, które w Bergen nie przemokną. Po godzinie jazdy byłam mokra do bielizny i nawet ochraniacze na buty, które w Polsce nie przepuszczały wody, okazały się jakby nagle całkowicie przemakalne.

norwegiabergen

Pierwszy kurs był katastrofą. Straciłam 40 minut, zamiast planowanych 20 na odnalezienie adresu dostawy. Moja nawigacja oszalała i nadrobiłam kilka ładnych kilometrów, a ludzie z bazy zaczęli do mnie wydzwaniać. Bardzo ładnie przeprosiłam klienta tłumacząc, że to mój pierwszy dzień, pierwsza dostawa i wybaczył. Potem kilka kolejnych kursów trzasnęłam jak z bicza i nawet zaczęłam być z siebie dumna i jechało mi się super. Ale to nie mogło być takie piękne. Straciłam kontakt z internetem i zaczęłam próbować go odzyskać, dzwonić, kombinować. Mój telefon zamókł i w słuchawce nic nie słyszałam, internet odzyskałam po restarcie (który też co nieco skomplikował, bo okazało się, że na norweskiej karcie SIM mam ustawiony PIN, którego nie pamiętam). Złapałam jakichś innych różowych ludków z kwadratowym plecakiem i tym samym logo na plecach i jakoś udało mi się ukończyć dzisiejszą zmianę :).

Zarobiłam swoje pierwsze norweskie korony i dotarłam z powrotem na przedmieścia, gdzie obecnie mieszkam. Na szczęście Norwegowie kochają suszarki do ubrań, które u nas są zupełnie niepopularne. Teraz poczytam Kaczora Donalda po norwesku przed snem i usnę snem sprawiedliwych. Zmęczona, ale zadowolona, że dałam radę.

PS: Zdjęcia nie są z dzisiaj. Obrazują raczej piękne deszczowe Bergen i przedmieścia.

Połącz się z Facebook