Sposoby na dołek treningowy

1966861_781124105291010_953947139049978800_n

Kryzys podczas treningu, to temat, o którym najchętniej chyba piszą biegacze. Temat w Internecie już mocno oklepany. Każdy o nim pisze, każdy jest w jego kwestii ekspertem. I w istocie taka jest prawda. Każdy bowiem, kto żyje aktywnie, kto ćwiczy cokolwiek codziennie lub prawie codziennie, z kryzysem jest doskonale zapoznany.

Mnie naszło na ten temat, ponieważ zmieniłam na dwa tygodnie miejsce zamieszkania i moja codzienna trasa do pracy wydłużyła się pięciokrotnie. Cieszyłam się na to już od dawna, bo tęsknię za czasami, kiedy mieszkałam daleko od pracy, kiedy codziennie śmigałam po kilkadziesiąt kilometrów, byłam w formie. Wiem, że to śmieszne w porównaniu z prawdziwym treningiem kolarskim, ale ja nie czuję się kolarzem. Jestem amatorem i na zawsze nim zostanę. Skoro jednak mój trening, to głównie dojazdy do pracy i weekendowe wycieczki, to chociaż wtedy staram się wyciskać z siebie jak najwięcej.

Pierwszy długi dojazd był bajeczny. Jechałam bardzo szybko, uśmiechałam się do siebie i innych. Cały czas myślałam sobie euforycznie o tym, jak ja tu sobie fajnie jadę… ależ ja jadę, hej! Po kilku dniach zaczęły mnie dopadać mniejsze i większe kryzysy po drodze. Odzwyczajone mięśnie zaczęły mnie denerwować i podszeptywać różne głupie pomysły, że przecież w mieście mieszkam i komunikacja miejska też podąża w stronę centrum. Zdarzało się, że za podjazdem pod Belwederską (który nigdy nie wydawał mi się jakiś trudny) miałam ochotę odpocząć, lub wręcz stanąć i walnąć rowerem w najbliższy żywopłot, bo w głowie mi się kręciło i czułam, że zaraz zemdleję.

W tych właśnie chwilach zaczęłam się zastanawiać, co steruje naszymi kryzysami i co robić podczas treningu, by najlepiej się z nimi uporać. We własnym zachowaniu znalazłam kilka dla mnie najskuteczniejszych metod:

  1. Po pierwsze UPÓR. To dominująca cecha mojego charakteru. Zawsze motywuję się niczym dobry trener: Dam radę, jestem twarda! Nie będę wracać metrem, jak lamus! Co z tego, że leje i wichura na dworze?
  2. Po drugie DUMA. W tej kwestii ważni są zarówno inni ludzie, jak i ja sama. Jeśli kolejnego dnia znów mam kryzys, bo pogoda jeszcze gorsza i wiatr w ryj, to tym bardziej nie pojadę komunikacją. Niby oficjalnie zwisa mi, co ludzie o mnie myślą… ale nieoficjalnie – nie zwisa. Myślę sobie, że skoro wczoraj się przemądrzałam, że jestem twarda, to jak dziś się złamię, to się okaże, że wcale nie jestem. Wsiadam więc na rower, daję sobie więcej czasu na dojazd w razie gdybym jechała jak cienias i robię wszystko, by jednak cieniasem się nie poczuć.
  3. Po trzecie RYWALIZACJA. Ze samą sobą i z innymi ludźmi na mojej trasie. Oni nawet nie wiedzą, że biorą udział w jakiejś rywalizacji. Nic innego tak mnie dobrze nie wybudza z chwilowego dołka, jak odgłos cykania tuż za plecami, czyjś oddech tuż za głową. Czasem nawet miewam tego typu omamy. Uciekam przed kimś, bo jak to tak można jechać szybciej ode mnie, a potem sama nie jestem pewna, czy rzeczywiście ktokolwiek za mną jechał. Czasami ustalam sobie jeszcze inne dziwniejsze cele. Najlepszym jest ściganie się z autobusem, którym mogłabym pojechać. Jedziemy podobną trasą, ja oczywiście mimo wszystko wolniej, ale rzadziej się zatrzymuję po drodze. Nic nie sprawia mi większej radości, niż kolejny triumf w wyścigu ze 166! I wtedy nie czuję żadnych dołków, po prostu cisnę i zapominam. Kolejnym celem jest wyprzedzanie. Regularnie muszę kogoś wyprzedzać. Jeżeli jadę i dawno nikogo nie wyprzedziłam, znaczy się, że za wolno jadę. Brzmi okropnie, ale działa motywująco.
  4. Po czwarte i ostatnie ODWRACANIE UWAGI. Czasem wystarczy myśleć o czymś zupełnie innym. Co zjem na obiad jak dojadę, gdzie kupimy garnitur na wesele, czy zaryzykować wymianę samego łańcucha już teraz, czy jednak zajeździć też kasetę, skoro już i tak nieco za długo zwlekałam. Czasem sobie wyobrażam wakacje, drogę przez las, łąki, pola. Wizualizacje od dawna znane są w sporcie jako jedna z metod radzenia sobie z kryzysem podczas treningu i na mnie działają.
  5. Jest jeszcze jedna metoda, ale potraktuję ją jako przykład negatywny: ZŁOŚĆ. Czasem zdarza się że ledwie wyjadę z pracy, kilka głupich zachowań ludzkich, chwila gruzy na drodze, ledwie uniknięty wypadek, sprawiają, że robię się bardzo zła. W tej chwili moim jedynym celem staje się dotarcie do domu, SZYBKO! Wtedy jestem najszybsza. Nawet jeśli czuję ból w nogach, pruję przed siebie naładowana agresją jak piorun. Nie lubię jednak tej metody. Może i jest skuteczna, ale odbiera mi przyjemność z jazdy. Czasem podczas jazdy mi przechodzi, ale przeważnie mam potem skopany cały wieczór.

A wy jak sobie radzicie z kryzysem? Jak pokonujecie go na maratonach, jak podczas codziennej jazdy

Połącz się z Facebook