„Adventure bike” i „Bickepacking” – najgorętsze trendy rowerowe.

W tym roku nie miałam niestety możliwości uczestniczyć w żadnych targach rowerowych. Staram się być jednak na bieżąco. Jednym z trendów, które mnie osobiście zainteresowały, jest Bikepacking. Czyli tak poważnie nic nowego, bo systemy sakw wykorzystywane przy wyprawach rowerowych to żadna innowacja. Mnie osobiście podoba się, że tego typu wyposażenie jest coraz łatwiej dostępne i mamy coraz większy wybór. Część oferty jest też skierowana do posiadaczy klasycznych rowerów i umożliwia objuczenie typowego górala, czy szosówki niczym wołu.

fern-chuck-gramm-bikepacking-01-1000x602

Kolejna rzecz, to rozwój szeroko rozumianych rowerów wyprawowych (adventure bikes, touring bikes, long / mid-long bikes).

Jeszcze do niedawna, myśląc o rowerze wyprawowym, widzieliśmy rower typowo crossowy – na 28” kołach o umiarkowanie szerokich oponach, bagażnikiem / bagażnikami albo rower touringowy – czyli rodzaj szosówki z grubszymi oponami, dłuższą główką ramy, wygodniejszą na długie dystanse geometrią, najlepiej stalową ramą, prześwitami w ramie i widelcu pozwalającymi na montaż pełnych błotników oraz mocowaniami do bagażników (a często także mocowaniami na inne praktyczne rzeczy, jak np. specjalne haki do przewożenia zapasowych szprych).

english-cycles-trans-am-bike-01

Teraz idea roweru wyprawowego się mocno rozrasta. Ktoś poszedł w myśl idei, że z sakwami można również po bezdrożach jeździć. Wjechać do gęstego lasu, czy przemierzać śnieg i wydmy. Tak powstało określenie „Adventure bike”. Jest to rodzaj roweru terenowego, który jest przystosowany do jazdy w każdym terenie i do montażu dużej ilości bagażu (dotychczas rowery typu MTB z wyższej półki były często pozbawione możliwości choćby montażu klasycznego bagażnika).

Rower wyprawowy może być więc zarówno hybrydą między szosówką a MTB, co „grubaskiem”, czy pancernym monstrum o wydłużonej ramie i długim bagażniku. Może też łączyć kilka z tych cech naraz.
surly-big-fat-dummy

Mnie osobiście ostatnio spodobało się kilka rowerów z kategorii „long bike”. Zobaczyłam w nich coś dla siebie i to wcale nie z myślą o długich wyprawach, tylko o regularnym przewożeniu walizki po mieście (jest mi potrzebna w pracy). Przecież nie każdy chce jeździć cargo bike’iem, który ma typowo miejską geometrię. Niekoniecznie chciałabym też ciągać za sobą przyczepkę. Natomiast rowery takie, jak Salsa Blackborow, Surly Big Fat Dummy i Fat Dummy, czyli konstrukcje o wydłużonej ramie, bardzo mi się spodobały. Salsa Blackborow i Big Fat Dummy niby są „grubaskami”, co mi do jazdy w mieście średnio jest potrzebne, ale spokojnie można w nich zamontować koła o większej średnicy z węższą oponą. Gdyby jeszcze tylko były dostępne w opcji z silnikiem… byłabym w niebie.

salsa-blackborow

Więcej informacji o tych trzech rowerach:

http://surlybikes.com/bikes/big_dummy/frame_highlights

http://surlybikes.com/bikes/big_fat_dummy/frame_highlights

https://www.bikerumor.com/2017/09/08/salsa-blackborow-is-reborn-as-mid-long-adventure-fat-bike/

Dla potrzebujących przewozić naprawdę konkretne ładunki, wyjściem może okazać się przyczepka bagażowa Surly:

http://surlybikes.com/bikes/bill_trailer

niner-rlt-9-steel-adventure-bike

O bólu tyłka mało optymistycznie

Co zrobić, by mniej odczuwać ból miejsc styku z siodłem, to najbardziej oklepane, najpopularniejsze i najbardziej wyraźnie potrzebne tematy na wszelkich stronach. „Co zrobić, by tyłek tak nie bolał” było najczęściej przez klientów zadawanym pytaniem, kiedy pracowałam w sklepie rowerowym.

Ja, jako człowiek aż nader szczery odpowiadałam przeważnie, że trzeba jeszcze więcej jeździć i nie robić dłuższych przerw w regularnym jeżdżeniu, bo pupa musi się po  prostu przyzwyczaić. Nawet opowiadałam im o synapsach, które po pewnym czasie przestaną przekazywać informację o bólu.

Sama w tej kwestii czułam się mocna- jeździłam prawie codziennie i nigdy nie odczuwałam bólu tyłka.

Teraz jednak cała moja teoria padła. Bowiem to wszystko, co na ten temat czytałam i opisywałam wcześniej dotyczyło jazdy amatorskiej. Zupełnie co innego zaczyna się, kiedy z jazdą na rowerze wejdziemy na poziom zawodowy. Okazało się, że od kiedy zaczęłam pracować jako kurier rowerowy dostarczający jedzenie, paradoksalnie zaczęłam czuć tyłek. Podczas normalnych jazd, kiedy idę na prywatną przejażdżkę, nie mam problemów. Tyłka nie czuję, siły mam mnóstwo. Wtedy sama wybieram sobie trasy i nie podjeżdżam i nie zjeżdżam non stop po bruku.

Natomiast kiedy idę do pracy, to po kilku godzinach siedzenia na siodle, jeżdżenia z góry i pod górę, w większości po kocich łbach, ból zaczyna dawać się we znaki. I to nie chodzi o jakieś obicie kości, czy coś w tym stylu. Same genitalia zaczynają boleć i pachwiny.

Wypróbowałam kilka ustawień siodła, gacie o różnych wkładkach. Bezskutecznie. Poddałam się i przyjmuję to jako część pracy, łudząc się, że za kilka lat może przestane to czuć.

I tak się dłużej nad tym zastanawiając, zrodziło się we mnie pytanie. Jak to znoszą profesjonalni kolarze? Oni z pewnością też dochodzą do tego progu po każdym długim etapie. Znajomy kolarz mi kiedyś mówił, że nie ma siodła, ani spodenek które uchroniłyby przed bólem tyłka przy jazdach przekraczających 100 km.

Czy podobnie mają typowi miejscy messengerzy? Oni jeszcze więcej kilometrów dziennie robią i jeszcze dłużej często w siodle siedzą, a robią to dzień w dzień. Czy ich jajka przestały już czuć cokolwiek? Czy ból krocza jest po prostu częścią ich codzienności na zakończenie każdego dnia w pracy?

Obawiam się, że niestety tak. Ból tyłka zawsze będzie nam towarzyszył po długich jazdach, szczególnie po nierównej nawierzchni. Jedyne, co możemy zrobić, to nieco sobie ulżyć:

  • kupić krem przeciw otarciom,
  • zainwestować w najlepsze spodenki,
  • znaleźć optymalne dla siebie siodło,
  • zainwestować w bikefitting.

A jak to wszystko czasem nadal zawiedzie, to niestety pozostaje relaksująca kąpiel po ;).

Finał Mistrzostw Świata w Bergen. Elita mężczyzn w wyścigach szosowych.

Mistrzostwa Świata w Bergen wczoraj dobiegły końca (w niedzielę 24. września). Finałowy wyścig  zaczynał się na wyspie Sotra, skąd kolarze przemierzyli 39.5 km do trasy wyznaczonej w mieście. Pierwsze okrążenie było niepełne (17.9 km), następnie kolarzom zostało do pokonania 11. okrążeń po 19.1 km. Łącznie 267,5 km po zróżnicowanej trasie, bogatej w podjazdy i spektakularne zjazdy.

dsc_0078

Na kilka miesięcy przed Mistrzostwami miasto zaczęło przebudowę wybranych dróg, po których mieli przejechać zawodnicy. Na części z nich zdjęto stary, zniszczony bruk i zastąpiono go asfaltem. Sam podjazd pod Fløyen, którym kończyły się wyścigi na czas (i z którego pochodzi słynne nagranie z pacyfikacji kibiców przez policję) został specjalnie utwardzony. Dotychczas była to raczej ścieżka dla spacerowiczów.

dsc_0160

Niedzielny wyścig trwał od godziny 10:00 i zakończył w okolicach 16:45. U mnie pod domem zjawili się około 10:45, co było dla mnie nie lada zaskoczeniem, bo nie sądziłam, że tak szybko dotrą w to miejsce.

Miałam tego dnia pracę do wykonania po południu, więc udało mi się uczestniczyć tylko w czterech ostatnich okrążeniach. I ku mojemu zdziwieniu, ostatnie było najmniej spektakularne. Walka była bowiem tylko na początku, a cała reszta peletonu jechała sobie na luzaku, prowadząc pogawędki towarzyskie i uspakajając zmęczone nogi. Oni swoje już zrobili, teraz niech walczą liderzy.

Nie byłam świadkiem żadnych spektakularnych zdarzeń, ale i tak warto było pójść, żeby zobaczyć jak taki peleton wygląda z tak bliska. Pokrzyczeć, jak przejeżdżali biało-czerwoni. Niestety znacznie trudniej robić zdjęcia kolarzy w peletonie, niż czasowcom. W jeździe na czas masz jednego kolarza, zdążysz ostrość złapać, pstryknąć kilka razy. A tu leci chmara, prędkość jest niesamowita i nawet w trybie szybkiego robienia zdjęć, trudno czasem ostrość złapać.

Na szczęście udało mi się kilku naszych chłopaków namierzyć i sfotografować.

dsc_0275

Michał Kwiatkowski dojechał na 11. pozycji. Pierwsze miejsce zajął Peter Sagan (Słowacja), drugie – Kristoff Alexander (Norwegia), trzecie – Michael Matthews z Australii. Radość dookoła była niesamowita, bo i Słowaków sporo, i Norwegów. Ogólnie, ci  Norwegowie, to się potrafią cieszyć i bawić. Polaków również nie zabrakło i nasza drużyna nie mogła narzekać na brak wsparcia. W końcu jesteśmy najliczniejszą mniejszością narodową w kraju fiordów.

Teraz miasto powoli wraca do normalności. Pozostały tylko wszędobylskie barierki, butelki po płynach rozweselających i zmiany w komunikacji, które zniosą we wtorek.

dsc_0136

dsc_0053

dsc_0018

Mistrzostwa Świata w Bergen. Time Trials Men Elite 20.09.2017

Jak pewnie wszyscy doskonale wiecie, właśnie trwają Mistrzostwa Świata w kolarstwie szosowy w norweskim mieście Bergen. Traf chciał, że ja właśnie w tym mieście aktualnie mieszkam.
Było dla mnie nie lada szokiem, jak się dowiedziałam, że mistrzostwa odbędą się właśnie tutaj (dowiedziałam się, ze wstydem przyznaję, dopiero w Prima Aprilis przez pewien żart w necie).

307

Dla nas – osób mieszkającym w tym mieście –  mistrzostwa są pewnego rodzaju przeszkodą w życiu codziennym. Zmiany w komunikacji miejskiej wprowadzono jeszcze przed rozpoczęciem, czyli w czwartek, 14. września. Od soboty natomiast wszędzie poruszam się z buta.

Mam to szczęście bowiem, że mieszkam na ulicy Nattlandsveien, na samym szczycie sporej góry, a pod moim oknem przelatuje trasa wszystkich wyścigów. Fajne jest to, że nie muszę nawet iść do centrum, żeby pokibicować. W miejscu gdzie mieszkam, kończy się podjazd, zaczyna zjazd, więc mogę wybierać, czy chcę obserwować mozolny wysiłek wspinających się ostatnie metry zawodników, czy uwieczniać jak się rozpędzają.

Przepraszam, ale wcześniejszych wyścigów nie udało mi się dla Was zrelacjonować, bo mimo wszystko jestem normalnym mieszkańcem i chodzę do prace, etc. Dziś nie udało mi się też zdążyć na przejazd Mateusza Taciaka. Pędziłam jak głupia, ale poruszanie się po mieście jest teraz trudne i powolne. Dotarłam za to do centrum około 14:40, postałam trochę niedaleko finałowego podjazdu pod Fløyen i ruszyłam w drogę powrotną do domu wzdłuż trasy wyścigu, około 6 km do Nattlandsveien robiąc po drodze zdjęcia wszystkim mijającym mnie kolarzom.

Grupę 6., w której startował Maciej Bodnar chciałam zastać już pod domem na „moim” wzniesieniu. Miałam nadzieję, że tam zejdę kawałek na odcinek podjazdu i napstrykam mu milion zdjęć, ale oczekiwanie na Bodnara się dziwnie przeciągnęło. Cały czas śledziłam, kto powinien zaraz jechać z tabelą startową, a tu niespodzianka. Nagle zamiast Maćka pojawił się Słowak  Primoz Roglic, który powinien jechać po nim, a tuż za nim nasz Maciek. Kliknęłam kilka zdjęć Roglica i kilka Maćka, ale nie tyle i nie takich, jak bym chciała.

Maciek miał zakrwawione kolano (jak się potem dowiedziałam – nie tylko jedno) i widać było, że podjazd ciężko mu idzie. Niestety chyba nie przyniosłam szczęścia naszemu kolarzowi. Zaliczył dwa upadki na samym początku wyścigu. Obił sobie obie strony ciała i cierpiał do samego końca, ale wyścig ukończył. Wierzcie mi, że jest mu czego gratulować, bo jeśli ktoś nie jeździł rowerem po  Bergen, nie wspinał się na  Fløyen, to trudno mu będzie sobie wyobrazić, jak to wygląda.
A Maciek dał radę do końca. Ukończył wyścig na 50. miejscu, Mateusz Taciak (który miał w tym wyścigu wcale nie startować) – na 36. Na podium stanął Tom Dumoulin, drugi dojechał Primoz Roglic, na miejscu trzecim stanął Chris Froome.

243

Jak dotąd największym polskim tryumfatorem MŚ w Bergen jest nasz junior Filip Maciejuk. Zdobył brązowy medal juniorów w Time Trials. Być może skrzydeł mu dodało koło pożyczone od Kwiato?

W klasyfikacji grupowej mężczyzn, Michał Kwiatkowski z Team Sky zajęli 3. miejsce.Eugenia Bujak z teamem BTC City Lubljana w klasyfikacji grupowej znalazły się na 7. miejscu (na 9.). W wyścigu indywidualnym na czas kobiet startowała jedna Polka, Aurela Nerlo i zajęła 35. miesjce. Piotr Brożyna i Szymon Brajnok  zajęli 23. i 24. miejsce w kategorii mężczyzn
do 23. r.ż.

W czwartek 21. września jest dzień jazd próbnych dla teamów po trasie wyścigu peletonu oraz odbędzie się Race to Celebrate, czyli wyścig dla wszystkich chętnych, którzy zgłosili swój udział. W piątek natomiast wystartują klasyczne wyścigi szosowe. Ja z pewnością będę robić zdjęcia
w niedzielę, podczas Men Elite Road Race, a uwierzcie mi, będzie co oglądać. Wyścig zacznie się na okolicznej wyspie, przetnie kilka mostów, widoki was oszołomią! A potem znów będą kręcić kółka po Bergen – w tym pod moim domem. Czołówka mężczyzn przejedzie pod moim domem w niedzielę aż 12. razy! Ale nie bójcie się, postaram się nie stać w miejscu i zrobię Wam fotki również z innych odcinków wyścigu 🙂

268

165165 57

Co doskwiera uczestnikom Tour de France?

Oczywiście nie tylko o Tour de France chodzi, jednak jako jeden z najcięższych Tourów na świecie jest wspaniałym przykładem. Śledzą go miliony widzów na całym świecie. Jedni stoją na trasie, krzyczą, dopingują, lubią poczuć ten klimat, zobaczyć emocje, współodczuwać z zawodnikami ich sukcesy i porażki. Inni w domowych pieleszach włączają telewizor i dopingują jakby chodziło o samochody. Podczas oglądania sportu w telewizji umyka nam ten sportowy duch. Nie docierają do nas ludzkie słabości, nie widzimy jak wiele potu płynie po kolarskich ciałach, nie widzimy małych zadrapań, śliny cieknącej z kącika ust. Docierają do nas tylko najgłośniejsze wypadki, najbardziej spektakularne słabostki (kolarz zeskakujący z roweru tuż przed finiszem, żeby zrobić kupę).

Przez to rzadko zastanawiamy się, jak bardzo obciążające dla ludzkiego ciała i umysłu jest to wyzwanie. A Tour de France jest jednym z najtrudniejszych testów wytrzymałościowych wśród wszystkich dyscyplin sportu. Tour de France to 3360 km w 21 etapach w nieziemskim upale.

Utrata masy, degradacja mięśni

Wydawałoby się, że jest to największy problem, jednak teamy przykładają bardzo dużo wagi do właściwego odżywiania kolarzy. Spożywają oni 6-9 tys. kalorii dziennie. 75-80% stanowią cukry, w tym 25% cukrów to cukry proste. Dieta kolarska podczas, jak i przed startami jest skomponowana pod kątem odkładania rezerw białkowych w mięśniach i ich zdolności
do magazynowania i podawania glikogenu.

Nigel Mitchell szef ds żywienia w Slipstream będącym właścicielem zespołu Cannondale-Drapac oznajmił, że w ciągu prawie trzech tygodni żaden z ich zawodników nie miał znaczących wahań wagi. Wszyscy pozostali w obrębie około kilograma od wagi startowej, a niektórzy zawodnicy początkowo wręcz przybierali na masie ze względu na stres i kumulację wody w organizmie.

To ostatni tydzień jest największym testem dla ciała zawodników. Wtedy mięśnie stają się kataboliczne (zaczyna się proces pozyskiwania energii z mięśni). Coraz bardziej uszkodzone mięśnie nie są już w stanie magazynować i dostarczać wystarczającej ilości glikogenu. Dochodzi do największej ilości uszkodzeń mięśni, kontuzji.

Podatność na choroby

Choć umiarkowane zażywanie sportu wpływa korzystnie na układ immunologiczny, w przypadku kolarzy trenujących intensywnie tygodniami następuje załamanie układu immunologicznego. Kolarze są szczególnie podatni na wszelkie infekcje i szczególnie na nie wystawieni. Wiele godzin szybkiego oddychania niezbyt czystym francuskim powietrzem, bliski kontakt z bardzo dużą ilością osób, mieszkanie z innymi członkami zespołu – to wszystko przyczynia się do tego, że kolarze bardzo często ulegają chorobom a część wycofuje się z wyścigu. Były konsultant Team Garmin, Allen Lim, twierdzi, że 30-40 procent zawodników zanim dojedzie do Paryża zapada na jakiś rodzaj zakażenia górnych dróg oddechowych.

Gęstość kości

Okazuje się, że udział w wielkim tourze jest trochę jak misja kosmiczna. Kolarze pracują bardzo ciężko, lecz ich kości są pod bardzo niskim obciążeniem. W latach 90 prowadzono badania nad gęstością kości bokserów, kolarzy i ciężarowców. Okazało się, że kolarze mają znacząco mniej gęste kości niż obie pozostałe grupy. Podczas treningów kolarze podnoszą ciężary, żeby zadbać  o  układ kostny, jednak podczas touru tylko jadą. Dodatkowo wypacają z siebie hektolitry potu, który wypłukuje z organizmu minerały budujące kości.

Psychika

Wielu kolarzy twierdzi, że to właśnie stres jest największa bolączką udziału w Tour de France. Z jednej strony jest wielkie nagłośnienie w mediach, tysiące osób na ulicach, gra o spore pieniądze i pozycję. Z drugiej dochodzi zwykły ludzki lęk i strach o własne zdrowie. 160 osób pędzi obok siebie wąskimi uliczkami. Błąd jednego potrafi przekreślić trud wielu innych. Kolarze muszą być cały czas czujni, wszystko dzieje się w niesamowitym tempie.

Ból tyłka

O nim już pisałam ostatnio. To dość oczywiste, że kolarze również na niego cierpią. Zdarzały się nawet przypadki, kiedy kolarze rezygnowali z jego powodu. Żaden tyłek nie jest tak twardy by nie dawał się we znaki podczas wielkiego touru. Druzgoczące okazać się mogą dla kolarzy również takie przyziemne rzeczy, jak zapalenie mieszka włosowego. Wyobraźcie sobie co musi czuć uczestnik, któremu wyrósł bolący „syf” akurat tam, gdzie spoczywa większa część ciężaru jego ciała.

Rower torowy inspirowany rosyjskimi wpływami z lat ’80

Ostatnio szczególnie zaczęła mnie interesować tematyka budowy rowerów od podstaw.
Śledzę więc co się da w temacie, m.in. znalazłam stronę: www.handbuiltbicyclenews.com.
Można tam podziwiać wiele ciekawych projektów tworzonych przez osoby, które tej tematyce poświęciły życie.
Dziś odnalazłam na niej rower, który na pierwszy rzut okiem wydał mi się obrzydliwy i absurdalny. Dopiero po przeczytaniu artykułu, dokłądniejszym przyjrzeniu, stwierdziłam, że jest całkiem ciekawy
i jak na obecne czasy – bardzo wyjątkowy.

Twórca i jego hołd.

2-1

Rower został zaprezentowany na ubiegłych targach Philly Bike Expo. Jego twórcą i pomysłodawcą
jest Adam Eldridge ze Stanridge Cycles. Inspiracją do powstania roweru były torowe rowery wyścigowe Rossin’s Futura używane przez team USSR w latach osiemdziesiątych. Rower został wykonany
na specjalne zamówienie prywatnego klienta z Texasu i stanowi zaledwie kroplę w morzu wśród projektów Adama.

1-1

Rama o charakterystycznej geometrii i wykończeniach została wykonana z rur Columbus Gilco
i Aromatic. Mocowanie kierownicy do korony widelca zaciągnięto z rowerów Gitane Delta używanych
w tamtych czasach przez Laurenta Fignon i team Systeme-U. Koła natomiast wzięto oryginalne pełne kewlarowe Soviet POCT (czyt. ROST). Całość prezentuje się z pewnością nietypowo.

Mnie osobiście drażnią szczegóły wykończenia: zielone opony Vittoria, niebieski łącznik widełek ramy, który kojarzy mi się z plastikiem i jakoś zupełnie nie pasuje do klasycznego metaliczno złotego lakieru oraz niebieski napis na ramie na białym tle. Wolałabym w tej kwestii pełny minimalizm… ale rower
ma naśladować lata osiemdziesiąte, a te przecież były królestwem kiczu i pstrokacizny, więc i tak nie jest źle.

Więcej informacji o tym i innych rowerach customowych znajdziecie na stronie: http://www.handbuiltbicyclenews.com/c26-frame-builders/262-stanridge-cycles-russian-influence

Załączam też kilka zdjęć rowerów „z epoki” dla porównania.

rossin-pursuit-25330_1

rossin-pursuit-30036_1

rossin-russian-team-pursuit-pista-31322_4

Mechanik rowerowy awansował do NASA

13. maja Stephen Partida, mechanik z Bike Effect w Los Angeles, napisał na Fecebookowym forum Professional Bicycle Mechanics Association dość nietypową informację dla kolegów z branży:

pbma-1

Tłumaczy w niej, że zdecydował się porzucić branżę rowerową, ponieważ otrzymał od jednego ze swoich klientów bardzo intratną propozycję. Jak się okazało, klient Stephena (pracujący przypadkiem dla NASA) był tak oczarowany jego zdolnościami mechanika, podejściem do pracy i sumiennością,
że zaoferował mu pracę przy budowie statku kosmicznego, który ma polecieć na Marsa i z powrotem.

Trudno powiedzieć, ile w tym kokieterii, ile rzeczywistych dobrych chęci, ale dalej Stephen tłumaczy,
że nie chce się przechwalać, tylko chciałby zainspirować kolegów, by:

  • nie bagatelizowali swoich możliwości jako mechanicy rowerowi,
  • nie dyskryminowali nigdy pojedynczego klienta, tylko traktowali wszystkich z należytym profesjonalizmem oraz szacunkiem, jakiego sami by sobie życzyli i zawsze dawali im najwyższą jakość usług… bo alter ego niepozornego klienta może ich kiedyś bardzo zaskoczyć.

Historia Stephena wydaje się dość dziwaczna i nieprawdopodobna. Pierwsze, co zrobiłam po jej przeczytaniu, było sprawdzenie daty, czy to nie żart na Prima Aprilis. Ale jestem skłonna w nią uwierzyć, bo osobiście też kilka razy miałam niesamowite szczęście. A raczej to rzekome szczęście było odpowiedzią na coś, co zrobiłam dla kogoś, lub jakie wrażenie na kimś wywarłam.

Zatem nic nam nie pozostaje więcej, niż być perfekcjonistą, cenić każdego klienta i wszystkie usługi wykonywać tak, jak dla siebie… a może któregoś dnia ktoś to doceni i dostrzeże w nas „kosmiczny potencjał” 🙂

Więcej informacji w języku angielskim znajdziecie tu:

http://www.bikeradar.com/news/article/bike-mechanic-nasa-job-49985/

https://cyclingindustry.news/dont-underestimate-your-abilities-says-bike-mechanic-as-customer-offers-job-at-nasa/

Odzież kolarska – Dlaczego jest tak ważna i jak ją wybrać?

pearl-izumi-p-r-o-leader-bib-shorts-copy-200604-1

Do napisania tego artykułu zainspirowały mnie obserwacje kolegów z pracy, którzy podobnie jak ja dostarczają na rowerach jedzenie w bardzo górzystym mieście pełnym brukowanych uliczek. Ja od początku na każdą swoją zmianę uzbrajałam się od stóp po czubek głowy w najlepsze rowerowe ubrania, jakie mam. W zimę, kiedy poza chłodem potrafił przez sześć godzin padać śnieg z deszczem i wiać mroźny wiatr, stosowałam nawet alternatywne sposoby zachowania ciepła i suchości stóp (folia spożywcza między dwoma cienkimi skarpetkami – oczywiście poza ochraniaczami na buty spd, bo w Bergen nic nie jest w pełni wodoszczelne). Nie mogłam jednak nadziwić się od początku, że większość moich kolegów po fachu nie używa ani butów spd (to mogę jeszcze jakoś zrozumieć, bo i rowery połowa ma zupełnie nieprzystosowane), ale przede wszystkim odzieży rowerowej!
Czytaj dalej >>

Mavic Comete Ultimate – nie tylko kobiety kochają buty!

mavic-comete-ultimate-5

Jakiś czas temu Mavic udostępnił informację o swoich najnowszych topowych butach szosowych. Od razu pojawiły się o nich artykuły w światowej prasie rowerowej. W większości już z tytułu mogliśmy się dowiedzieć, że ich koszt będzie wynosił $1,000. Niektórzy pisali wręcz: „Czy świat rzeczywiście potrzebuje butów kolarskich za $1,000?”. („Does the world really need a $1,000 cycling shoe?” http://www.bicycling.com/bikes-gear/first-look-mavics-1000-cycling-shoe).

Czytaj dalej >>

Kadencja i technika jazdy – cz. II

kadencja rower

Omówiliśmy już ostatnio kilka ćwiczeń, które warto włączyć do swoich treningów, żeby wyrobić sobie prawidłowy ruch nogami podczas pedałowania. Nauka „kręcenia na okrągło” musi trochę zająć i powinna być powtarzana i utrwalana nawet kiedy już teoretycznie tę technikę opanujemy. Druga rzecz, która ma największe znaczenie dla efektywności naszych treningów (zakładając, że trenujemy regularnie i systematycznie) to ilość obrotów korbą na minutę, czyli kadencja (rpm).

Czytaj dalej >>